Wiatr od jezior; K. Enerlich

[SZTUKATER.pl]

            Katarzyna Enerlich wprowadza czytelnika w dwa światy oddalone od siebie o sześć dekad. Zamykamy się w przestrzeni lat wojennych oraz w końcówce minionego stulecia. Wydawać by się mogło, że połączyć te lata uda się tylko w formie wspomnień i odwołań do przeszłości. Tymczasem Enerlich robi tak zwane przejście. W pewnym momencie te dwa światy spotykają się i żyją nadając tok dalszym wydarzeniom. Od mniej więcej połowy książki łączą się w jedną opowieść. Przeszłość kształtuje teraźniejszość, reżyseruje niektóre wydarzenia i tłumaczy piętno, które odcisnęła na współczesności. A w niej główna bohaterka – Anna Sołowiecka – prowadzi samozwańcze śledztwo w sprawie śmierci jej przyjaciółki, Marty. Śmierci, którą powszechnie uznano za samobójczą. I naprawdę nie ma znaczenia, że prawie od początku wiemy, że nie mamy do czynienia z samobójstwem. Autorce do samego końca udaje się trzymać czytelnika w napięciu. No bo nawet jeżeli domyślamy się kto zabił, to nadal nie wiemy jakie były ku temu przesłanki. Chapeau bas dla Autorki za tak skrupulatne, przemyślane i inteligentne splecenie w całość jakże różniących się od siebie „epok”. Wiatr-okladka-N

            Wspomniana historia to opowieść wiedziona tropem samobójstwa/morderstwa z wątkiem mormońskim w tle. Mamy tu opis zarówno warmińsko-mazurskich rejonów jeszcze z czasów wojennych, ale również bardzo autentyczny (acz rzecz jasna fragmentaryczny) kąsek o wyznawcach Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Warto natomiast zwrócić uwagę, że Enerlich pisze o nich tak realistycznie, iż miałam kilka momentów zawahania, na ile opowieść ta jest wytworem jej wyobraźni. Jeżeli ktoś z czytających tę recenzję poznał już książkę Jon’a Krakauer’a „Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija” łatwiej nie tylko wciągnie się w ten i tak sam z siebie interesujący wątek, ale dostrzeże skrupulatność Autorki, którą wykazała się we fragmentach dotyczących samego kościoła mormońskiego.

            O tym, że Enerlich pisze dobrze świadczyć może jeszcze jeden fragment książki. Strona 151 zupełnie nagle w kilku zdaniach opowiada to, co potem Enerlich rozpisuje na kilkudziesięciu stronach. Majstersztykiem jest nie tylko samo wplecenie tego fragmentu w treść, ale również to, że wspomniany opis całych dalszych losów jednej rodziny tak naprawdę nie zdradza niczego. Jest w nim wszystko i nic jednocześnie.

            Autorka dba o detale. Dopieszcza bohaterów, miejsca, wydarzenia. W niczym nie ma tu przesady. Rytualne morderstwa w mazurskich lasach odbywają się na tyle często żeby mieć znaczenie dla całości historii, a z drugiej strony jest ich na tyle mało, że umiejętne ich dawkowanie napędza kołowrotek wydarzeń nie dominując reszty. Bohaterowie są mocno osadzeni w tylko im właściwych rzeczywistościach. Nowe postaci pojawiają się stopniowo i pozostają z czytelnikiem do końca. Wszystko ma swój początek i koniec. Wszystko ma jakąś historię… przeszłość.

            Punkt (jeszcze jeden) za okładkę i tytuł. Ta pierwsza jest autorstwa Zuzanny Malinowskiej. Rzadko sprawdzam kto odpowiada za okładkę… ale tutaj jest ona wyjątkowym dopełnieniem całości. Brawo.

Ocena prasowa -> mocne 6.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s