Sierra Yankee Pana Mike- M. Michalewski

[SZTUKATER.pl]

Wydawnictwo Poligraf
Rok wydania:2018
Stron: 208

            Wartość stałą stanowi na pewno lekkie pióro Autora, który ów dar przekuwa na swobodne snucie opowiastek z różnych portów i decków też. Trochę nie rozumiem natomiast tytułu. „Sierra Papa Yankee Mike” to po prostu S, P, Y i M. Spróbowałam zatem odnaleźć informację, czy pod hasłem SPYM ukrywa się jakiś grypserski zwrot marynistyczny. Otóż niczego takiego się nie doszukałam i wychodzi na to, że jest to po prostu losowe zastosowanie ICAO, czyli międzynarodowego alfabetu fonetycznego, służącego do komunikacji radiowej (nie tylko w żegludze, ale również np. w lotnictwie). Polega on po prostu na literowaniu wyrazów za pomocą słów, które pomagają uniknąć nieporozumienia i np. usłyszenia zamiast N –> M. Z tego powodu zawsze literuje się na zasadzie

Sierra
Zulu
Tango
Uniform
Kilo
Alfa
Tango
Echo
Romeo.

Z tej perspektywy żałuję, że nie udało się tytułu obrać trochę sprytniej (można było książkę okrasić np. Oscar Romeo Papa, albowiem ORP już można „rozskrótować”). To co prawda informacja zupełnie na marginesie, ale takie gierki z czytelnikiem bywają zabawne i pouczające, i trochę szkoda marnować dobre okazje.
Ad rem.

            Oczywiście morskich opowieści nie trzeba nikomu reklamować; wszelkie sztormy, zrywane wanty i inne białe szkwały zawsze intrygują, interesują i słucha się o tym z wypiekami na policzkach. Ale bezsprzecznym faktem jest, że książka do mocnych (w sensie dobrych) nie należy. Jest populistyczna i zasadniczo niewiele w niej wartościowych informacji (dosłownie kilka). Znacznie więcej jest natomiast wspomnień Autora oscylujących wokół „poznałem tę a tę osobę; wywinąłem żart temu a temu, zwiedzałem to i to, czas umilała mi taka a taka niewiasta”. Słabe, miałkie i nijakie. Nie da się tego bowiem wpisać ani w koncept pamiętnika (chociaż formie relacji najbliżej do owej), ani książki stricte o morskich wyprawach. Mam wrażenie, że Autora zgubiła zbyt duża liczba rejsów, które upchał w jedną dość skromną stronnicowo książkę i wszystko potraktowane jest po macoszemu. Produkt ten ani nie jest „od marynarza dla marynarzy” (zweryfikowałam na pewnym „starym” wilku morskim), ani nie jest o pływaniu sensu stricte… W zasadzie nie do końca wiem o czym jest. Chyba właśnie najbliżej jej do „powspominam sobie czas młodości”. Interesujące jest również to, że książka wydana jest w 2018 roku, na okładce znajduje się zdjęcie Autora (chodzi o fotografię wpisaną w busolę/kompas)… ale owo zdjęcie Pan Michalewski wyciągnął z zasobów domowego archiwum, albowiem ma na nim lat +/- 45, a obecnie to już nobliwy Pan. Szkoda, że nie ma w tym zapoznaniu z czytelnikiem prawdy.ypsm.jpg

Jedyny plus tej książki to egzotyczny temat, który wydaje się bardzo intrygujący dla zwykłego zjadacza chleba – i ten wabik może działać. Natomiast dużym nieporozumieniem jest notka na okładce, zgodnie z którą recenzowana książka jest „historycznym dokumentem minionych lat”. Nie przypisywałabym tej publikacji nic ponad wspomnienia starszego Pana. Owszem, napisane językiem lekkim, ale owa lekkość nie zawsze jest zaletą. Z książki interesującej i wartościowej łatwo wpaść w pułapkę czytadła. A nie lubię, jak się coś obiecuje i potem jest tylko czekoladopodobnie… Do Borchardta mamy wiele mil morskich.

Ocena prasowa: 3