Rekin i baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów;M. i A. Biernat.

Wydawnictwo Poznańskie
2017

Dzisiejsza książka jest doskonałą ripostą na moją ostatnią recenzję. Zapowiedziałam Wam, iż pochylimy się nad czymś bez nagród i na dodatek nad czymś dobrym. Słowo się rzekło, oto i ona.

Po krótce można powiedzieć, że to kolejna pozycja o zyskującej coraz większą popularność Islandii. W tym prostym zdaniu zawieram taki oto przekaz: jak coś się staje popularne, to – jak Lewandowski – za chwilę wyskoczy nam z lodówki. Zaczyna być rozmieniane na drobne i staje się irytujące. Trochę się tego obawiam, ale mam nieodparte wrażenie, że pozostaje czekać, aż zaleje nas fala książek o Islandii. Warto wówczas mieć na uwadze, że tylko niektóre z nich są dobre. O ile moją ostatnią lekturę polecałam zwłaszcza tym z Was, którzy na Islandii już byli, o tyle dzisiejszą polecam tylko tym z Was, którzy odcisnęli na wyspie ślad swojego buta. Powód jest prosty. Autorzy kompletnie odjechali z perspektywą, i przyglądają się Islandii od jej rdzenia – islandzkości. A tę tworzy kultura, tradycja, wierzenia – wszystko co kształtuje człowieka. Dlatego otrzymujemy produkt nasączony natłokiem drobnostek tworzących DNA mieszkańców wyspy. Począwszy od edukacji, na piciu wódki skończywszy. Żeby tego było mało, Autorzy w znacznej mierze skupiają się właśnie na tym co (u)kształtowało Islandczyków na takich a nie innych ludzi. Tzn., mamy tu liczne odwołania do historii i próbę ich przełożenia na rzeczywistość. Ta nie zawsze była wg mnie udana (próba, nie rzeczywistość), ale prawem autora jest opisać coś subiektywnie. Toż to nie jest stuprocentowy reportaż; chociaż tak go skategoryzowałam, ale i w tychże zdarzają się personalne wtręty.

DSC_0203

Uważam, że jest to wspaniała książka… traktuje w dużej mierze o wierzeniach i legendach (u Islandczyków przekładają się one na życie), ale pasja i fascynacja Autorów tym miejscem niemalże uczyniła z ich książki swoistą baśń.
Przede wszystkim jest inteligentna. Prezentuje dobre, wartościowe pióro… chociaż momentami można odnieść wrażenie, że niewiele brakuje jej do przeintelektualizowania. Te wszystkie „proweniencje”… no ładnie, ładnie – ale czy nie można prościej? Natomiast jest i druga strona medalu – całość jest mocno spójna i zwyczajnie odnosi się wrażenie, że Autorzy to osoby inteligentne, a ich książka stworzona została bez kompromisów. To bardzo dobrze – przeto mogłam Wam pokazać, że mamy na rynku polskim i takie cuda; i aż dziw bierze, że ich nikt nie nazywa „nowym, mocnym głosem w literaturze”. To nie jest książka dla mas, ale wyróżnia się w jak najlepszej formie. To właśnie takie pozycje powinny mieć lobby wydawnicze okraszone hasłem „naj”. Ok – nie jest dla każdego. Ale mało kto jeździ Bugatti, a jakoś to właśnie o tej marce wielu marzy, jako o tej prestiżowej. Jeździmy Skodami, Seatami i innymi Audi – i jest nam z nimi dobrze. To może i z książkami też można inaczej…

Dlaczego warto po tę nią sięgnąć już po wojażach w krainie lodu? Mamy tu opisaną praktycznie każdą płaszczyznę życia. Nawet tego w czasach, gdy świeżo upieczonym wdowom konfiskowano majątki (ba! nawet kołdry). I tylko nieliczne odniesienia do tego jak jest obecnie. Drążenie podań i legend jest piękne; ale najpewniej stworzymy sobie wyobrażenie o wyspie, które może nie zazębić się z sytuacją zastaną. Tzn.: ot chociażby oczytamy się o torfowych chatkach, ale realnie trzeba umieścić je w agendzie wyjazdu i szukać znaków z taką atrakcją turystyczną. Nie będą ciągnąć się rzędami wzdłuż drogi w oczekiwaniu na spragnionych ich widoku przybyszy. Jest ich wcale znowu nie tak wiele, a współczesne wyspiarskie domy do najbardziej zadbanych nie należą. Nie wynika to z biedy, ani z lenistwa – ot pragmatyzm. W miejscu, gdzie już kilkakrotnie wulkany determinowały potrzebę zwiewania gdzie pieprz rośnie, inaczej podchodzi się do instytucji „fasady”. Poza tym, rzuca się w oczy również pragmatyzm Islandczyków, który mnie akurat urzekł, gdyż nie lubię nabzdyczenia właściwego krajom Europy Zachodniej.
Jak już objedziecie Islandię, zobaczycie wszystko co nie umknie Waszym czujnym oczom, to każdy z Was przywiezie ze sobą worek pytań. Wspominałam o nich w recenzji Szeptów kamieni. W Rekinie i baranie poczytacie o wielu sprawach, które na potrzeby zwiedzania nie mają kompletnie znaczenia. To jest książka dla tych, których Islandia oczaruje, pochłonie i którzy będą szukali codziennych sposobów na powrót w tamten świat.
Z jednym się z Autorami nie zgodzę ni w ząb. Chodzi o trunek Brennivin, czyli wódkę kminkową. Po pierwsze wcale nie jest niesmaczna; jest wręcz pyszna; a po drugie nie jest w zielonych butelkach (a przynajmniej nie tylko). Biała flaszka z czarno białą etykietą. Nie żebym namawiała, ale polecam spróbować 🙂

MB.