Przedawnienie; J. Březina

Już kilkakrotnie wspominałam o czeskim poczuciu humoru, którego jestem fanką. W dzisiejszej książce przebija ono tylko w jednym punkcie, ale wart on jest wspomnienia. Autor książkę zadedykował swojej żonie, – jak sam zakreśla – pierwszej i często ostatniej czytelniczce pisanych przezeń historii. Ileż w tym humoreski i skromności.  Jednocześnie ów notka jest niczym niespełniająca się przepowiednia, albowiem plastyczność pióra Autora wróży mu całe hordy czytelników. Czy wiernych?; czas pokaże. Ale warto ustawić się w szeregu.

Kryminał toczy się zupełnie spokojnie, nie ma nagłych zrywów akcji, przeskoków, zdemonizowanych bohaterów i przejaskrawionych postaci. To taka historia, która mogła wydarzyć się za miedzą (chociaż realnie to Boże broń). Jest za to wątek historyczny (wysiedlenia Niemców sudeckich), który pozornie przesunięto na drugi plan, a tymczasem jest on głównym bohaterem całej książki. To on determinuje poszczególne wydarzenia. 20181228_074428
Tytuł ma zatem mocne konotacje z treścią, a ta jest wciągająca. Chociaż początek nie wróży tak mocnego zakończenia, to całość czyta się bardzo sprawnie. Natomiast esencja wydarzeń, czyli wspomniany wyżej koniec, to wir wsysający czytelnika. Podobnie, jak w przypadku „Jeziora” Bianci Bellovej, mamy tu studium człowieka. Tylko, że Březina ogranicza się do konfrontacji jednostki ze złem. Z tym złem, które nas otacza, ale także z tym, które mamy w sobie i nierzadko pielęgnujemy, chociaż gdy już zakiełkuje, wcale nie jesteśmy dumni z jego owoców. To książka o tym, że zemsta nie zawsze przynosi ukojenie, że zwalczanie zła złem to wcale nie musi być dobra metoda. I to co ponownie łączy „Jezioro” z „Przedawnieniem”, to projekcja owego zła. Gdy przyjmuje militarne oblicze, w rezultacie zawsze godzi w cywilów. Za interesami możnych tego świata idą wielkie cierpienia i przemilczane tragedie niewinnych. Mało kto chce słuchać ich głosów, a często – będąc jego pozbawionymi – mogą przeżyć w myślach, działaniach i tęsknotach innych.

Czytając tę książkę miałam w głowie projekcje z innej lektury: „Efekt Lucyfera” prof. Zimbardo. Zresztą książkę tę zekranizowano, a film miał tytuł „Cicha furia”. Dostępny jest w sieci, a część z Was może go kojarzyć jako „eksperyment Stanfordzki”. Tam jest właśnie o tym jak łatwo przemienić dobro w zło. O konsekwencjach wzmiankowanej transformacji, a przede wszystkim o tym, że sami nie jesteśmy w stanie przewidzieć jakie demony obudzą się w nas w sytuacjach, nazwijmy to, ekstremalnych.

Spotkałam się z twierdzeniem, że zakończenie jest przewidywalne. Nie mogę się z tym absolutnie zgodzić. Cały majstersztyk książki tkwi w tym, że na koniec zaskakuje. Wcale nie chodzi bowiem o to kto zabił. Sęk w tym jaki był modus operandi sprawcy i jego – owego sprawcy – konstatacja na temat swojego działania.

 

Wydawnictwo Afera
2018
s. 277

przeł. Agata Wróbel