Lud: z grenlandzkiej wyspy; I. Wiśniewska

Miałam kompletnie inne oczekiwania od tej książki, ale nie znaczy to, że jestem zawiedziona. Absolutnie. Boli i doskwiera opowiedziana historia, ale książka jest ubrana w same dostatki. Autorka pozostawiła czytelnikowi przestrzeń; bardzo potrzebną i ważną w aspekcie opowieści o wyspie. Pozwoliła zanurzyć się w wyciu grenlandzkich psów, poczuć zimno wiatru na twarzy i doznać olbrzymiego spokoju przesiąkniętego tęsknotą i równie przejmującego smutku.

To co interesuje mnie z perspektywy ignoranta siedzącego w ciepłym domu gdzieś w środkowej Europie, to oczywiście śnieg, zaprzęgi oraz życie w niemalże całorocznej zimie i to jeszcze w dość hermetycznych i mało liczebnych społecznościach. Wiedząc, że Grenlandia jest „pod butem” Duńczyków, nie oczekiwałam opowieści o kraju mlekiem i miodem płynącym, ale nie sądziłam, że przyjdzie mi się konfrontować z tak poważnymi dylematami Inuitów. Podobnie, jak nie sądziłam, że dowiem się o przykrych eksperymentach, za które Grenlandczycy pokutują do dzisiaj – ponownie, pozostawieni sami sobie. lud

Przede wszystkim z książki zieje olbrzymie osamotnienie i zepchnięcie na margines. Wskutek czego Grenlandczycy zmagają się z wielkim narodowym problemem samobójstw, zwłaszcza wśród młodych obywateli, albowiem najczęściej życie odbierają sobie „dzieciaki” w wieku 10-30 lat.
Przemieszanie Duńczyków z Grenlandczykami, które można obserwować chociażby poprzez system edukacji, okazało się nieefektywne. Ale winne są temu tylko systemowe rozwiązania, które pozostają ślepe i głuche na potrzeby jednostki. W takich schematycznych modelach funkcjonowania państwa na płaszczyźnie, gdzie powinno się jednak ludzi różnicować, umyka wszystkim fakt, że pomiędzy Grenlandczykami a Duńczykami zachodzą olbrzymie różnice kulturowo – mentalne. To co my wyrażamy za pośrednictwem dziesiątek słów, Grenlandczycy „wysławiają” poprzez uniesienia ramion, brwi i marszczenie nosa. Przez to wszechobecna jest wśród nich cisza. W realiach szkolnych inuickie dzieci postrzegane są w konsekwencji jako niedostatecznie rozwinięte intelektualnie. I w Danii mało kto zdaje się być świadomym, że naukę w języku grenlandzkim Inuici mogą odbywać wyłączne na etapie podstawowym. Wszystko co wyżej, wiąże się z wyjazdem do Danii i edukacją w języku duńskim. Często do tej Danii jadą zatem nie znając języka, w którym przyjdzie im spędzić najbliższe miesiące/lata. A gdy dodać do tego separację od najbliższych..?

Zasadniczo mam jedna refleksję po lekturze książki: jest ona bardzo smutna. Nie ma w treści żadnych (końcowych) wniosków punktowanych/sugerowanych przez Autorkę. Te Czytelnik może wypracować sobie sam, przetrawiając opowiedziane historie, które kołaczą się w duszy nawet kilka dni po zamknięciu książki. Mnie chyba bardziej to wszystko wzruszyło niż urzekło. I rozzłościło, albowiem wszystko czym smakowała książka to współczesny obraz kolonializmu.

Przyznam też, że przed lekturą dość enigmatyczna była dla mnie okładka. Ale dzisiaj patrzę na nią nie bez wzruszenia. Tym prostym zabiegiem Autorka spięła swoją opowieść piękną klamrą.

Wyd. Czarne
2018
stron: 232