Łzy pajaca; M. de Giovanni

[SZTUKATER.pl]

Neapol, lata 30. XX wieku.
Neapol wieloaspektowy, przedstawiony przez Autora bardzo malowniczo. A sama zbrodnia, którą poniekąd zdradza okładka, nie jest tak do końca pierwszoplanową bohaterką. Równie istotne jest całe zaplecze w postaci społeczeństwa neapolitańskiego. Rozwarstwienie, polityczne (totalitarno – faszystowskie) inklinacje – to wszystko obleka wątek mordu niczym mgła spowijająca miejsce zbrodni. Sama powieść jest spokojna, powolna – w iście włoski sposób niespieszna. Zanim przejdziemy do zasadniczego wątku można przecież zboczyć dwu- a może i kilkukrotnie. Wszystko jednak zmierza do punktu kulminacyjnego – konsekwentnie i nie bez napięcia, chociaż to uczucie, które nieodzownie kojarzy nam się z lekturą kryminałów, w tym przypadków jest raczej luce, czyli z włoska: lekkie. Bliżej Autorowi do zaciekawienia czytelnika, niż odurzenia grozą mordu. Wszystko jest niby zwykłe, niby pospolite…, ale sam główny bohater – komisarz Ricciardi – wymyka się konwenansom twardego połączenia z rzeczywistością, gdyż Autor ubrał go w pewne magiczne szaty. Komisarz dysponuje bowiem dość osobliwymi nadprzyrodzonymi zdolnościami. Uwidaczniają się one od pierwszej strony, ale absolutnie nie odejmują książce uroku i nie przeistaczają kryminału w powieść na granicy fantasy. Myślę, że nawet dodają jej charakteru i całość zyskuje w finalnym odbiorze. To pewnego rodzaju sztuczka indywidualizacji bohatera i stworzenia postaci innej od innych (sic!), której, w może nieco odmienny ale nieudolny sposób, próbował w Konstelacji Marek Machura. Ricciardi wychodzi ponad swoje (nad)przyrodzone umiejętności i jest też swoistym outsiderem. Trzyma się trochę na uboczu i nie cieszy szczególną sympatią współpracowników. Nie ma w nim nic porywającego, chyba, że mowa o nienagannych manierach. Te zdecydowanie opanował do perfekcji.łzy pajaca

A co do samego mordu i kryminalistycznego profilu książki: z jednej strony nie ma żadnego zapierania tchu, pędu, zwrotów akcji i nagłych zrywów tejże, ale równocześnie cały czas coś się tli. Nie ma marazmu… jakbyśmy powoli zwijali nitkę w kłębek. To wszystko nie czyni z książki genialnej konstrukcji, chociaż we Włoszech seria o komisarzu Ricciardim cieszy się popularnością. Zresztą, otrzymujemy typowe zilustrowanie naszego wyobrażenia o Włochach. Przecież nie tylko (zasadniczo) o mord tu idzie, ale o intencje, które doprowadziły do jego zaistnienia. O emocje. Emocje, uczucia, dusze ludzkie targane nimi. Nie darmo w pierwszej wydanej na polskim rynku książce o komisarzu Ricciardim, jest nie tylko operowo w sensie metaforycznym. Mord dokonany zostaje bowiem w budynku opery, podczas prób do spektaklu.

Dokonując komparatystyki z moim ulubionym włoskim komisarzem Montalbano z powiastek kryminalnych autorstwa Andrei Camilleriego, Ricciardi wypada dość posępnie. Zasadniczo tożsamy jest pewien sznyt językowy i klimat Włoch i Włochów oddany przez obydwu Autorów, ale koncept na zagadki kryminalne zgoła inny. U Camilleriego jest więcej komizmu i mniej doniosłości. Z tej perspektywy Ricciardi jawi się nieco bardziej dostojnie. Jakkolwiek obydwie postaci są wiarygodne i w inny sposób „włoskie”. U de Giovanniego włoski luz zamieniono na dystynkcję okraszoną zdolnościami „para”.

Przyjemna książka, ale obejść się musimy bez wielkich słów i bez fajerwerków. Dość specyficzna, chociaż ja odnalazłam to „coś” podczas lektury. Okładka jest idealnym odzwierciedleniem treści. Klimat retro wyłania się w każdej postaci z tej książki. Na pewno alternatywna propozycja, która zyska wielu sympatyków także w naszych współrzędnych geograficznych.
Język, w który autor ubrał swoją opowieść kryminalną jest prosty, co czyni całą książkę bardzo przystępną w lekturze.

No właśnie… warto, czy nie? Jak już wspominałam, to nie jest żadna genialna historia, ale ma bardzo sprawną fabułę.

Ocena prasowa: 4.

 

Noir Sur Blanc
2018

stron: 208