„Cudzoziemki”; D. Majewska

[SZTUKATER.pl]

To może pokrótce „o czym”.
Dwie kobiety – Liliana i Malwina – jedna Ukrainka, druga Polka. Poznają się przypadkowo, ale ich znajomość ma charakter długofalowy. Relacja łącząca te panie przeradza się w przyjaźń. I o tej przyjaźni jest po trosze, a po trosze jest o życiowych meandrach każdej z bohaterek.

Teraz może z perspektywy „jak”.
Książka podzielona jest na dwa rozdziały, różne względem objętości. Pierwszy – skromniejszy – jest dedykowany Lilianie; drugi – zdecydowanie obszerniejszy – opowiada o Malwinie. Jakkolwiek w każdej z części książki obydwie panie goszczą równie często i konsekwentnie.

Diagnoza: „co dolega książce”.
Tu się zaczynają moje recenzyjne schody.

Wszystko. Wszystko jest tu nie tak.
O przyjaźni kobiecej można opowiadać albo ckliwie, infantylnie, płytko i tandetnie; albo emocjonalnie, refleksyjnie i z całą głębią wartościowych doznań. Tymczasem Autorka wybrała opcję pierwszą czyniąc ze swojego produktu czytadło.

Nie wystarczy napisać „głęboki smutek”, żeby czytelnik poczuł i smutek, i jego głębię. Można za to nie wspominać ani o jednym, ani o drugim, i stworzyć atmosferę, w której czytelnika przeniknie dreszcz rozpaczy ukryty w losach i emocjach bohaterów. Tego się Pani Majewskiej nie udało.majewska

Z pewnej perspektywy narracja przypominała mi książki Katarzyny Enerlich. Z tym, że Enerlich potrafiła doskonale zakotwiczyć swoje opowieści – osnuła je pewną tajemną mgłą przeszłości i wygrywa tym pomimo faktu, że jej książki do ambitnych nie należą. Ale wybacza się im więcej, bo oddają ducha określonych czasów i miejsc.

A Pani Majewska ograbiła swoją historię z szansy bycia dobrą. W sposób infantylny opisuje emocje bohaterek, nierzadko równie nizinnie ujęte są dialogi. Zamiast skonstruować portrety dojrzałych kobiet, inteligentnych dziewczyn z dookreślonym bagażem doświadczeń życiowych, poszukujących i mierzących się z różnymi aspektami losu… stworzono bohaterki kulawe. I już nawet nie idzie mi o to, jakie one są albo z czym się aktualnie mierzą… ale wręcz denerwuje mnie, że Autorka przyjęła tak nieskomplikowaną formę przekazu, wielokrotnie stosowała zinfantylizowane środki wyrazu i analogicznie ułożyła dialogi. W konsekwencji bohaterki nie wzbudzają mojej sympatii, a jedynie politowanie. To byłoby całkowicie wybaczalne, gdyby książka była adresowana do nastolatek. Szalonej i emocjonalnej młodości wybacza się więcej. Ale w sytuacji gdy narrację oddajemy dwóm kobietom, matkom, żonom (tak pi razy oko to wygląda) w wieku bardziej średnim niż niewieścim, to oczekujemy też określonego poziomu dojrzałości, ze wskazaniem na jego pułap albo przynajmniej zwyżkową formę. Niech ona przejawia się w ich myślach, w wektorach tychże. Niech ma wydźwięk w nazywaniu emocji i w ich jakości. A tu przekroczono cienką granicę, przez co jest ckliwie, tandetnie i wszystko to bardziej mnie złościło niż nużyło. Mamy wystarczającą społeczną tendencję do ujmowania kobiet przedmiotowo i w sposób bardzo stereotypowo uwłaczający naszym kompetencjom oraz rolom społecznym. Uważam, że nie potrzeba nam dodatkowych impulsów do bycia traktowanymi niepoważnie. I to nie ma kompletnie nic wspólnego z feminizmem. Mamy większą percepcję emocjonalną od mężczyzn. Można to było pokazać ambitnie i z klasą. Nie zrobiono tego.

To jest książka dla miłośniczek literatury, którą serwuje nam M. Higgins Clark. Unikam.

Ocena prasowa: 2.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s