„Rodziny himalaistów”; K. Skrzydłowska-Kalukin, J. Sokolińska

[SZTUKATER.pl]

WAB
2020
224 s.

O ile książka Morawskiej ma charakter stricte rozmów (w stylu: pytanie-odpowiedź), o tyle w „Rodzinach…” konwencja dialogu zaciera się. Są tu oczywiście poszczególne wypowiedzi, ale zostały one wplecione w szersze opisy. Jak zaznaczają Autorki, to nie ma być książka o górach, ale też nie o wspinaczach (str. 6), chociaż rzecz to raczej oczywista, że całkiem uniknąć się tego nie da (już i pierwsza historia trochę burzy ten koncept).

Rozmawiając o czyimś czekaniu, rozmawia się też o czyjejś nieobecności i wewnętrznym imperatywie warunkującym wyjścia w góry… Zatem w niezbędnym zakresie taka obecność wspinaczy i gór jest tak naturalna jak i zasadna. Bardzo się cieszę natomiast, że Autorki zrezygnowały z pierwotnej koncepcji zatytułowania swojej książki na modłę pytania „czy alpinista może mieć dzieci” albo „czy człowiek, który tak ryzykuje, powinien zakładać rodzinę”… Nie ukrywam, że z przerażeniem patrzę na to, jak swobodnie i bezrefleksyjnie jedni drugim mówią co im wolno/się należy, a do czego praw nie mają – doświadczamy tego obecnie w kraju, i wzdrygnęłam się na taki koncept. W tej sytuacji według mnie byłoby to założenie absurdalne. Tym bardziej rada jestem, że ów pomysł upadł. Nadmienić muszę również, że ogólnie zawartość wstępu pochodzącego od Autorek kompletnie do mnie nie przemawia. Wolę zagrzebać się w treści, bo niektóre fragmenty kreują u mnie zgoła inne spostrzeżenia niż te wzmiankowane przez Autorki w ich wprowadzeniu. Oczywiście podczas lektury można zasadzić się wyłącznie w konwencji bólu i straty – to prowadziłoby nas nieuchronnie do roztrząsania dylematu rozdarcia między akceptacją dla pasji a ewentualną powinnością do rezygnacji z niej, kształtowaną oczekiwaniami współtowarzysza w życiu domowym. Ale od tego na potrzeby recenzji się odżegnuję, chociaż swoje zdanie mam. Dostrzegam bowiem w przedstawionych historiach też inne aspekty. Rodziny zmarłych tragicznie wspinaczy zawsze mogły liczyć na pomoc i wsparcie środowiska wysokogórskiego. Także wstępne założenie roztrząsania czego jest więcej – żalu i bólu czy zrozumienia i akceptacji to nie jest to czego szukam w książce. Chcę w niej znaleźć pasję do gór w całościowym ujęciu – a zatem tak chcę poczytać o optyce wspinacza, jak i o optyce rodziny. To daje mi względnie całościowy obraz każdej historii. I to w książce znajduję.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię:
kiedy walczono o życie Tomka Mackiewicza, zaangażowane w przekaz były siły Internetu… na bieżąco wiedzieliśmy co się dzieje. Teraz, dzisiaj, idziemy na szczyt niemalże razem ze wspinaczami. Kiedyś dramat rodzin oczekujących na wieści z gór potęgowany był niewiedzą, niepewnością. Trzeba było czekać na oficjalne komunikaty… możliwość łączenia się z bazą była bardzo ograniczona. W ogóle kanały komunikacji mieliśmy, w porównaniu do dzisiejszej perspektywy, żadne. Ale było też coś, co zaginęło wraz z postępem technologii. Wspominają o tym w swoich historiach, według swoich doświadczeń, odpowiednio Joanna Kondracka (pierwsza opowieść) oraz na 146 stronie Michał Kochańczyk. Kochańczyk mówi wprost: „Mieliśmy na to (na powiadomienie rodzin – przyp.) dwadzieścia cztery godziny. Za komuny istniała pewna kultura powiadamiania, nie było takiej sytuacji jak teraz, że na klatce schodowej sąsiadka mówi sąsiadce: a wie pani, że mąż zginął w Himalajach? Teraz sąsiedzi dowiadują się o wypadkach z mediów często przed rodziną. Wtedy mieliśmy czas, żeby powiadomić bliskich osobiście, jako pierwszych. To było bardzo trudne zadanie”.

Po lekturze książek Morawskiej i „Rodzin…” mam poczucie, że trudno będzie coś więcej w tej materii dodać. Fajnie, że różni je forma. Fajnie, że są tam różne historie. Szkoda, że zawsze będą rodziny, o których będzie można tak pisać. Bo szkoda tych ludzi, którzy mają piękną, odważną pasję. Ale uważam także, że w ferowaniu wyroków o wspinaczach i osieroconych rodzinach trzeba pamiętać o tym, o czym mówi Pani Otręba (wdowa po Wacławie Otrębie) zapytana przez Kochańczyka o to, czy nie ma do niego pretensji, że namówił jej męża na wyprawę. Trzeba pamiętać, że „On bardzo chciał tam pojechać…” (str. 147).

Ocena prasowa 4.5
Recenzowany egzemplarz to wersja próbna – przed wejściem książki na rynek.
Możliwe zatem, że finalna wersja różni się od tej, którą otrzymałam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s