„Żeby umarło przede mną (…)”; J. Hołub

Jacek Hołub pisze, że jego książka jest o miłości. Bezapelacyjnie tak, bo pokazuje, że miłość jest nośnikiem olbrzymiej siły i waleczności. Ta książka jest o przekraczaniu granic, o sile i harcie ducha, ale fakt – wszystkie te elementy wyrastają właśnie z miłości.

Zastane historie – jest ich 5 – nie są jednorodne. Sytuacje Bohaterek są różne. Po pierwsze dyferencjują je relacje z partnerami, którzy są albo faktycznie obecni (nawet, jeżeli małżonkowie są po rozwodzie), albo nieobecni pomimo obecności (sic!), albo nie ma ich ani ciałem ani duchem. Po drugie, różne są trudności, z którymi się mierzą, bo nie ma dwóch przykładalnych do siebie jednostek chorobowych. I pewnie można by tych zmiennych wskazać jeszcze kilka, ale nie na nich chcę się skupić. Jest bowiem parę kwestii, które – chociaż skryte gdzieś w opowiedzianych historiach, to jednak najmocniej do mnie przemówiły.

1. Każda z bohaterek zdaje się tłumaczyć, z tego, że opowiadając swoją historie nazywa rzeczy po imieniu, że wprost artykułuje co ją boli, co drażni, co uskrzydla. Rodzice dzieci z niepełnosprawnościami są osamotnieni – bo takimi czyni ich system. Przestają mieć czas na eufemizmy, bo ich codzienność nie jest podzielona na statystyczne 3×8 (8h na sen; 8h na pracę i 8h na siebie/rodzinę). W każdej minucie 24 godzin, muszą mierzyć się z niezaangażowanymi lekarzami, złymi diagnozami, brakiem skruchy za owe, z fikcją wsparcia psychologicznego, z walką o każdą złotówkę, ze społecznym ostracyzmem (w tym jesteśmy świetni), do których dochodzi opieka nad dzieckiem, która sama w sobie potrafi zmordować, bo jest nie tylko wyzwaniem emocjonalnym, ale też harówką fizyczną.
Kiedyś kilku polityków zabawiło się w eksperyment i miesiąc mieli żyć za ówczesną minimalną krajową. Próbowali udowodnić, że się da. Ich nieudolnym manewrom przyglądały się osoby, dla których takie życie to była codzienność. Ten krótki epizod pokazał, jak rozleniwiają pieniądze. Ich brak uczy sztuki przetrwania, nazywanej zaradnością, i nawet największego humanistę zamieni w świetnego księgowego. Inaczej dasz się pokonać ciągnąc w przepaść swoich najbliższych. I losy rodziców dzieci niepełnosprawnych pokazują, że często życie zamienia się w przetrwanie….od badania do badania. Od diagnozy do diagnozy. Od turnusu do kolejnego (oby był)… I jest tak jak Pisze Autor – to kobietom należy się tu ukłonić w pas, bo są jak stachanowcy rodzicielstwa. Niezłomne i waleczne. Chociaż zmęczone i obolałe wiedzą, że muszą walczyć o swoje dzieci. Nawet, jeżeli na końcu tej walki jest pytanie: a co, gdy mnie zabraknie?

2. Frapująca jest ta (nie)obecność mężczyzn przy równoczesnym całkowitym oddaniu kobiet. Absolutnie żadnego z takich pseudo-tatusiów nie usprawiedliwiam, bo dorosły człowiek powinien być odpowiedzialny… ale zauważyłam, że kobiety bardzo dużo przepracowują komunikując się z innymi matkami. Sięgają na fora, rozmawiają z koleżankami… dużo z siebie wygadują. W zderzeniu z problemem mężczyźni częściej zamykają się w sobie. Wrzucam to jako luźną refleksję, nad którą szerzej się nie pochylam, ale myślę, że pojęcie „tradycyjna rodzina” w naszym kulturowym rozumieniu to jest jeden z zamachów na tę rodzinę. Gdyby tak przestać wpisywać człowieka w społeczne wzorce – może dałoby się ocalić niejeden dom… bo przecież nie ma nic złego w tym, że któreś z małżonków zarabia więcej, póki obydwoje rozumieją, że kreują coś wspólnego: dom. To pojęcie tradycyjnej rodziny pojawia się też w jednej z opowieści, i – pardon za szczerość – parsknęłam przy tym fragmencie: „Pochodzę ze wschodniej Polski, z tradycyjnej rodziny. Nie miałam ojca, zostawił mamę, jak była ze mną w ciąży. Wychowywała mnie babcia (…)”. Jak tu rozumieć tego polskiego koszmarka, którego okrasza się górnolotnie „tradycją”. Tradycja to coś dobrego, coś co chce się przekazywać z pokolenia na pokolenie, bo to umacnia i jest w swoim wydźwięku konstruktywne; ot, chociażby pozwala zachować pamięć. Nie czepiam się samej Autorki tych słów; chodzi mi wyłącznie o zwrócenie uwagi na to, jak wpaja się nam pojmowanie pewnych kwestii. Caritas Polska na swojej stronie ma jakże irytującą informację: „Okno (życia – przyp.) to bezpieczne miejsce, w którym matka może pozostawić anonimowo swoje nowo narodzone dziecko„. Bez komentarza.

3. I tu przejdę do trzeciej mojej refleksji po lekturze. W większości historii pojawiał się fragment o kompletnym niezrozumieniu przez otoczenie, o społecznym ostracyźmie… ale mnie zastanawia jedna rzecz. Fakt, często otoczenie nie wie jak się zachować; co powiedzieć. Bo uczy się nas o rasizmie, o homofobii, etc. – tymczasem brakuje na którymkolwiek ze szczebli edukacji warsztatów/zajęć/szkoleń, w których moglibyśmy poznać specyfiki funkcjonowania osób z niepełnosprawnościami w społeczeństwie. Nie wiemy, że do niewidomego można powiedzieć „do widzenia”, nikt nas nie uczy, że nie należy kucać w rozmowie z osobą na wózku… nie mamy pojęcia, że z osobą głuchą (a no włąśnie wcale nie musi być złe użycie sformułowania ‚głuchy’) nie porozumiemy się tak łatwo pisząc… język polski jest dla niesłyszącego językiem obcym; głuchy nie ma myślenia abstrakcyjnego i rozumie w zasadzie bardzo proste sformułowania; np. może nie zrozumieć pytania „czy coś ci dolega”, zamiast tego zasadne jest zapytanie „co cię boli?”/ „gdzie boli”. Skąd to mamy wiedzieć, jeżeli akurat nie mamy w swoim najbliższym otoczeniu kogoś dotkniętego głuchotą? Oczywiście, że nie ma możliwości przygotować otoczenie na wyłącznie trafne zachowania względem wszelkich niepełnosprawności, bo jednostki chorobowe są różne i niosą za sobą cały zbiór zewnętrznych objawów (wyprężenia, ataki autoagresji, etc.). Ale takie kampanie jak np. Empikowe godziny bez muzyki, żeby dzieci ze spectrum autyzmy mogły przyjść do księgarni to już coś. Od czegoś trzeba zacząć, a małe kroki mogą przynieść duże efekty.

Dlatego książka Jacka Hołuba wykracza poza ramy miłości. Ustami Matek-Bohaterek sygnalizuje szereg przestrzeni, które należy wypełnić, żebyśmy umieli żyć ze sobą. Nie obok siebie. Ale ze sobą, czyli być dla siebie ludźmi, za których się uważamy… empatycznymi i dobrymi.

Autora niezmiennie podziwiam za odwagę mierzenia się z historiami, przed którymi większość lubi zamykać oczy i uszy… zupełnie jak Ci Norwegowie od kalendarza…

Wyd. Czarne (2018 – trochę się zbierałam do lektury)
Stron: 158

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s