„Mr. Breakfast”; J. Carroll

[SZTUKATER.pl]

Wyobraź sobie, że jesteś takim trochę Neo, który spotyka na swojej drodze Wyrocznię. Wyobraź sobie, że dostajesz od niej trzy możliwości na podglądnięcie jak mogłoby wyglądać Twoje życie, gdybyś dokonał odpowiednich wyborów (odpowiednich nie w sensie właściwych, ale innych od tych już dokonanych). Możesz przeniknąć przez czas jak duch Kacper przez ścianę. I możesz czynić tą teleportacją dobro. Przynajmniej w skali takiej, w jakiej oczekują go od Ciebie Twoi najbliżsi. Cobyś się w tych możliwościach nie rozpasał, masz tylko trzy szanse na taką teleportację i po ostatniej próbie musisz podjąć decyzję. Po pierwsze: czy zostaniesz tu gdzie jesteś (zasadniczo nic Cię tu nie trzyma, bo jesteś w totalnej czarnej d***e, w którą zmieniło się Twoje życie), a po drugie (ale nie ostatnie) czy wybierzesz jeden z bytów darowanych hojnym gestem wróża.carroll

Skusisz się?
Zasadniczo brzmi czadersko. Jedna szansa na milion by sprawdzić, czy bez żadnego wysiłku mogę sprawić, aby mój zwichrowany los nieco się wyprostował. Przynajmniej na kilku swoich ostrych zakrętach. Ale pomimo takiego potencjału, książka Carrolla jest słaba i miałka. Koncept na starzejącego się jegomościa stojącego u bram kryzysu egzystencjalnego, poszukującego sensu dla swojego życia mógłby być dobrym punktem wyjściowym dla całego spectrum możliwości, z którymi można owego bohatera zmierzyć. Tym bardziej, gdy daje się temu bohaterowi kilka szans, których żadne z nas nigdy nie będzie miało. Tak czy siak, nie skorzystać z takiej oferty, byłoby to nierozsądne. Chociażby dla przełamania stagnacji, w którą popadłeś, albowiem jeszcze bardziej nierozsądnym jest zatrzymać żywot wypalonego standup’era na poziomie równie nijakim, jakby tych szans nigdy nie mieć. Tyle tylko, że z tych podróży nie wynika nic. Rozmowy prowadzone przez bohaterów teoretycznie mają pachnieć refleksją, a trącają nudą. Odbywane są także nie wiadomo po co, bo w każdej z tych podróży brakuje ujęcia całościowego, są jak lustro odtwarzane z posklejanych kawałków. Nie tworzą one historii i nie wgryzają się w życie bohatera. Wszystko jest nijakie. Dodatkowo, z czytelniczego punktu widzenia, szkoda, że Autor pozostawił bohaterowi wentyl bezpieczeństwa w postaci powrócenia w miejsce, z którego ta podróż się zaczęła (po brakujące trzecie). Gdzie tu ryzyko? Gdzie tak naprawdę zabawa? No nie ma ani ryzyka, ani zabawy. Przysłowia mądrością narodu i basta.

Ale to nie jest jeszcze ten moment, kiedy orientujesz się, że to opowieść z serii Stuhr’owego „siedzimy, nic się nie dzieje”. Ten moment odwleka się w czasie, bo gdzieś w podświadomości kojarzysz nazwisko Autora po trosze z książkami, które można nazwać dobrymi. Ale po trosze… niczym bohater tej śniadaniowej telenoweli… z oczekiwaniami wobec książki odbywasz smutną podróż z serii

„Those were the days, my friend
We thought they’d never end
We’d sing and dance forever and a day
We’d live the life we’d choose
We’d fight and never lose
For we were young and sure to have our way”.

Podróż iście sentymentalną… tęskniąc za Carrollem wartym lektury.

Pamiętacie film z rodziną Griswold’ów pod tytułem „W krzywym zwierciadle: wakacje”? Chodzi mi konkretnie o tę scenę, gdy rodzina dociera do punktu docelowego wycieczki: miasteczka Wally World. Długa, obfitująca w przygody podróż kończy się dotarciem do bram parku rozrywki…a te są zamknięte. Pomijając cały aspekt podróży (bo ta, w przeciwieństwie do Carrollowej wersji jest śmieszna), wraz z zakończeniem książki odczuwamy to samo co Clark i jego familia. Jakby ktoś dał nam w twarz.

Ocena prasowa: 2.

Dom Wydawniczy REBIS
2019
stron: o 270 za dużo

przekład: Jacek Wietecki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s