Tymoszówka. „Opowieść o naszym domu”; Z. Szymanowska

U Szymanowskich jest tęskno-anielsko, jakkolwiek bardzo przyjemnie. Obydwie książki cechuje należyta atencja, chociaż przekłada się ona na inne aspekty. Zofia Szymanowska swoimi opisami pozwala czytelnikowi poznać codzienność Tymoszówki i sam dom (zatem tak czas w nim spędzany jak i jego kontekst architektoniczny). Dowiadujemy się, że korytarz był długi, po lewej stronie sypialnia, obok jadalnia, jest i pokój cioci Mynci, weranda, etc. Ale wiemy również, że dom zamieszkiwali różni ważni ludzie – sami Szymanowscy rzecz jasna, a także – periodycznie – ich znamienici (chociaż wówczas często jeszcze tylko rokujący) goście, jak pisze Autorka, „goście sezonowi, przyjeżdżający na tydzień lub dwa, a pozostający zwykle dłużej”. Ale też służba („Ostap, chłopiec kredensowy”, czy służący Bazyli). Każdemu Szymanowska poświęca swoją uwagę; nawet jeżeli wspomnieniem jest tylko imię. To nie jest w żadnym razie kronika z życia rodziny, ani też próba spisania losów tak Szymanowskich, jak i samego kompozytora, chociaż to jemu Autorka książkę dedykuje. Co do zasady, publikacja ta jest westchnieniem do świata zanikłego; westchnieniem wydobytym z piersi bywalczyni Tymoszówski; domu, którego już nie ma (a to akurat bardziej kwestia przesunięcia granic w 1918 roku niż takiego obumierania jakiego doświadczaliśmy w Kossakówce).

Oczywiście, niczym zaklęcie działa na potencjalnego czytelnika obecność takich nazwisk jak Iwaszkiewicz, czy Rubinstein… nęci pokusa pogrzebania inteligencji w pieleszach. Ale z tym byłabym ostrożna, bo przy wyłącznie takim nastawieniu do lektury optyka Autorki może nas rozczarować. Reportersko ani biograficznie tu nie jest. Jest wspomnieniowo, nostalgicznie z niezbędną nutą faktów i wszechobecną muzyką. Oczywiście, jak można oczekiwać, nazwisko zobowiązuje i jest tu kulturalnie i nobliwie. Tytuły rozdziałów zapowiadają komu/czemu będą poświęcone („Dom”, „Duchy”, „Papa”, „Babunia Misiunia”, itd. – w sumie trzydzieści pięć składowych). Wartością dodaną są zdjęcia, nawet jeżeli pełnią symboliczną funkcję. A całość jest bardzo przyjemnie wydana. Fragmentów książki można było podsłuchać na antenie polskiego radia
(https://polskieradio24.pl/8/372/Artykul/2568763,Opowiesc-o-naszym-domu-Rodzinne-losy-Szymanowskich – chociaż lektorsko mocno ubogo).

„W starym rzeźbionym gdańskim kredensie” – towarzyszy nam narracja w duchu tęsknoty ale i poszanowania przeszłości. Tęsknoty za czasami na zawsze minionymi. Ów sentyment to w dużym uproszczeniu kierunek, w który zabiera nas Zofia Szymanowska, odbywając swoją osobistą podróż do lat młodzieńczych i dni beztroskich. Ale drogę tę przebywa się w bardzo przyjemny sposób. Akompaniament Tymoszówki gra czytelnikowi sentymentalną nutę na leniwe niedzielne ‘robienie nic’. I teraz coś, czym chcę się podzielić z Wami, a czego nie znalazłam w innych dostępnych recenzjach (A jak! Podlgąda się konkurencję ;p). Dzisiejsza propozycja z Wydawnictwa MG to całkiem udane wznowienie książki, którą już kiedyś czytałam, a którą swoją drogą w starym wydaniu można odnaleźć w odmętach internetu (z tymi wszystkimi „Zofja”, „Trylogja” – z 1935 roku; istna perełka). Ale sęk tkwi w tym sformułowaniu „udane”. Oryginalne wydanie lwowskie różni się troszkę; dosłownie minimalnie, ale przecież diabeł tkwi w szczegółach. Zofia Szymanowska tamtą opowieść (z 1935 roku) rozpoczyna tak: „W różowy wieczór mówiliśmy sobie z tobą, że Tymoszówka jest piękna” – wiemy kogo ma na myśli, bo nie dalej jak stronę wcześniej jest dedykacja dla jej brata Karola vel Katota. Tymczasem w wydaniu od MG mamy coś takiego: „W różowy wieczór mówiliśmy sobie z Karolem, że Tymoszówka jest piękna”. Niby nic, a jednak. Druga kwestia: współczesna propozycja zmienia język na tożsamy i zniknęły nam wszystkie owe joty (itp.), nad którymi tak wzdychałam wyżej. Tego może tak do końca nie stawiam za zarzut, chociaż zachowanie oryginalnej pisowni byłoby czymś na wskroś patyny… niby postarza, ale uszlachetnia. Zawsze można coś wyklarować przypisem dolnym (gdyby na ten przykład „przytem” należało przetłumaczyć z polskiego na nasze jako „przy tym”) albo załatwić sprawę adnotacją na samym początku, że zachowano oryginalną pisownię. To drugie chyba nawet byłoby lepsze. Rezultat taki, że na półce piękniej prezentuje się dzisiejszy grzbiet, ale czulej wzdycham do starej wersji.

Ocena prasowa 4.5 (w ocenę ową wliczam aspekt językowy, o którym wzmiankowałam w recenzji).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s