„Trucizny”; P. Dardziński

„Trucizny” Piotra Dardzińskiego to absolutnie doskonały debiut. Z historii toksycznego związku wyziera wręcz imponująca spostrzegawczość Autora. Całość objętościowo niepozorna, ale treściowo mięsista i syta. Nawet najdrobniejsze emocje są tu nazwane z pedantyczną dokładnością. Chapeau bas za celność w doborze słów. Wulgaryzmy komponują się tu z każdym „w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”… jak sztandarowy tekst Adasia Miuauczyńskiego: „dżizas, k***a, ja p******ę”. Zresztą, o ile pozbawiony warstwy komicznej, o tyle „Trucizny” to również portret rodziny dławiącej się wzajemną obecnością, podług właśnie „Dnia świra”.

W jednorodnej kompozycji pojawiają się cztery fragmenty opowiadane ustami wpierw ojca, potem matki, następnie córki, a na końcu syna. To zmusza do konstatacji, że w każdym konflikcie są dwie strony, które – gdy idzie o rodzinę – zakleszczają w tym starciu dzieci. Bardzo refleksyjne doznanie, móc zanurzyć się w emocjach wszystkich, których ten konflikt dotyka. Zapominamy bowiem, że obok naszych uczuć i pragnień żyją inne – nie mniej ważne. I nawet tutaj – w każdym z tych komponentów – Autor obrazuje historię w taki sposób, że pomimo odmiennej narracji, całość spowija jeden gęsty i duszący dym. Tak jakby Autor pisał tę historię machając trybularzem, a nie klikając w klawiaturę. Zdecydowanie „pióro” Autora jest ambitne i dojrzałe. Gratuluję i podziwiam. A literacko mówię: do zobaczenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s